Miłość Jej nie woła głośno,
nie potrzebuje słów ni znaków.
To spojrzenie spod welonu ciszy,
dotyk serca bez opakowań, bez maków.
Jest jak rosa, co nie zbudzi liścia,
a jednak go poi do żywa.
Jak światło, które nie razi oczu,
a prowadzi i wszystko ożywia.
Zna ból, co kłuje jak miecz w boku,
zna ciszę grobu, krzyk bez dźwięku,
a mimo to niesie świat w ramionach
i nie wypuszcza go z uśmiechu.
Matka, co stała, gdy inni odchodzili,
co nie zaparła się ani łzy, ani Boga.
Jej miłość to wytrwałość wieczności
na ludzkich ścieżkach, gdzie wszystko przemija i trwoży krok.
To ramiona dla zagubionych,
to schronienie dla serc pobitych.
To modlitwa, której nie słyszymy,
a która nas niesie choć nie znamy litery.
Nie pyta: „czy zasługujesz?”,
nie mówi: „najpierw się popraw”.
Ona kocha, bo jesteś dzieckiem.
I dlatego nigdy nie jesteś sam.
