Niepojęta a bliska jak oddech,
bez końca a mieszcząca się w łzie.
Milczy a koi każde wołanie,
jest zanim jeszcze zapytasz: „gdzie?”
Nie zna warunków, nie mierzy wagi,
nie czeka, aż staniesz się lepszy.
Miłość, co wchodzi w najciemniejszy mrok
i tam roznieca świt wieczny.
Objawia się w krzyżu i chlebie,
w spojrzeniu, co widzi do dna.
W przebaczeniu, które nie liczy krzywd,
w dłoni, co zawsze trwa.
Nie można jej stracić choćbyś uciekał,
choćbyś zapomniał, zaparł się, spał.
Ona zostaje wierna, cicha,
jak ogień, co pali, nie czyniąc spalenisk ze skał.
To Miłość, co tworzy i podtrzymuje,
co zna po imieniu, a nie po zasługach.
Co biegnie, gdy jeszcze się boisz ruszyć,
i czeka, gdy tkwisz na rozdrożach.
Niepojęta.
A jednak jedyna prawdziwa.
W niej wszystko się kończy
i wszystko zaczyna.
